Siła wiedzy


 

 

 



 


 



 
 
 
 
 
Maj 2012
PnWtŚrCzPtSoN
 01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
Kontakt     WSZIB Poznań | WSZIB Wrocław

Poznaj Studenta - Przemysław Rogowski

Sprintem przez świat, czyli o bieganiu w koszykarskich butach

Rozmowa z Przemysławem Rogowskim – studentem IX semestru studiów stacjonarnych na kierunku Zarządzanie, olimpijczykiem, wicemistrzem Europy, jednym z najlepszych sprinterów w Europie

PRZEMYSŁAW ROGOWSKI – student IX semestru studiów stacjonarnych na kierunku Zarządzanie ze specjalnością reklama i marketing; należy do najlepszych sprinterów w Europie. W 2004 r. zdobył brązowy medal Mistrzostw Polski na dystansie 60 m (hala). W tym samym roku został powołany do kadry olimpijskiej Polski (Ateny 2004). Reprezentował nasz kraj na dystansie 4 x 100 m, zajmując wraz z kolegami V miejsce. W 2006 r. w Göteborgu został wicemistrzem Europy w sztafecie 4 x 100 m.

Michał Staniszewski: W jaki sposób narodził się pomysł na bieganie, jak to się stało, że zaczął Pan biegać na sprinterskich dystansach? Czy uprawiał Pan wcześniej inne dyscypliny sportu?
Przemysław Rogowski: Zawsze lubiłem sport. Już w szkole podstawowej jeden z nauczycieli zauważył, że jak się rzuci piłkę, to jest taki chłopak, który zawsze pierwszy do niej dobiega. Grałem wtedy w koszykówkę w klubie dla juniorów w Kaliszu. Była to druga liga, chłopcy na tym poziomie rozgrywek prezentowali całkiem wysokie umiejętności. Nie bardzo więc byłem skłonny rezygnować z koszykówki na rzecz mało atrakcyjnego biegania.

Nauczyciel od wychowania fizycznego chciał jednak koniecznie sprawdzić moje umiejętności sprinterskie. Użył wobec mnie małego podstępu – musiałem wziąć udział w tzw. czwartku lekkoatletycznym. Pojechałem w koszykarskich butach i spodenkach. Na miejscu okazało się, że wszyscy występują w profesjonalnych butach do biegania. Przed startem odbyli rozgrzewkę, która w niewielkim stopniu przypominała tę z koszykówki. Wystartowałem i... wygrałem. Tak się zaczęła moja przygoda z bieganiem. Smak zwycięstwa spodobał mi się, a poza tym do koszykówki byłem jednak za niski.

Po miesięcznym treningu wziąłem udział w małym Memoriale Kusocińskiego – były to Mistrzostwa Polski dzieci szkół podstawowych. Zająłem na tych zawodach 3. miejsce w Polsce. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że może powinienem zająć się bieganiem bardziej poważnie. Do mojej szkoły wpłynęło zaproszenie z Warszawy do Liceum Mistrzostwa Sportowego. Wiązało się to oczywiście z wyjazdem z Kalisza. Rodzice poparli ten pomysł. Uważali, że w stolicy mogę mieć większe szanse na rozwój niż w Kaliszu, zwłaszcza że chodziło o równoczesną naukę w liceum.

Szkoła miała zaplecze – własny stadion i odnowę biologiczną. Miałem już wtedy podpisaną umowę z klubem i zacząłem zarabiać pieniądze. Po roku treningu trafiłem do reprezentacji Polski juniorów młodszych. Od tego momentu zaczął się profesjonalny trening. Dla nastolatka było wiele pokus w Warszawie. Wiedziałem jednak, że muszę wybrać: zabawa albo sport. Postawiłem na sport. Był rok 1996. Czyli moja przygoda z reprezentacją Polski trwa już 12 lat.

Przechodziłem kolejne etapy: juniora młodszego, juniora, młodzieżowca i wreszcie seniora. Jako mistrz Polski wśród juniorów młodszych pojechałem na mistrzostwa świata kadetów (do 17. roku życia). Zająłem 6. miejsce. Jeśli dobrze pamiętam, byłem jedynym białym w finale. Stanowiło to kolejny etap, który potwierdził słuszność mojego wyboru. W 1999 r. dotarłem do finału Mistrzostw Europy Juniorów w Rydze.

Pojawił się jednak trudny moment: przejście z juniorów do młodzieżowców. Ta grupa trenuje już z seniorami, jest się wtedy w szerokiej kadrze seniorów. I wtedy najwięcej osób rezygnuje. Ja zostałem.

M. S.: Czy podczas tych 12 lat był taki moment, kiedy pomyślał Pan: „Już mi się nie chce”?
P. R.: Miałem taki moment przed igrzyskami olimpijskimi w Atenach. Przez dwa lata byłem pierwszym, który nie wchodził do grupy 5-6 zawodników stanowiących trzon reprezentacji i bardzo trudno było dostać się do tej grupy. Kolejne mistrzostwa świata i Europy odbywały się bez mojego udziału. Pojawiły się więc pierwsze wątpliwości: czy jest sens to kontynuować, może zająć się czymś innym, może skończyć studia? Dzięki pomocy dziekana, dr. Ryszarda Groszaka, radziłem sobie ze studiami, ale nie było łatwo. Za wszelką pomoc, przy okazji tej rozmowy, chciałbym podziękować, bo bez niej zapewne już by mnie nie było na studiach.

Trener namawiał mnie jednak, bym nie rezygnował przed olimpiadą i nadal intensywnie trenował. No i się udało. Od Olimpiady w Atenach w 2004 r. jestem w najwyższej kadrze sprinterów. Samo uczestnictwo w zawodach olimpijskich było dla mnie rodzajem spełnienia. Trochę chyba jednak wtedy za bardzo uwierzyłem w siebie i skończyło się tym, że nie pojechałem na Mistrzostwa Świata do Helsinek. Faktem jest, że miałem wtedy kontuzję Achillesa. Był to jednak bodziec do dalszej pracy, bo bez pracy nie ma sukcesów. To, że zdobyliśmy na olimpiadzie V miejsce w sztafecie, nie oznacza, że tak dobrze będzie zawsze. Zwłaszcza że inni też intensywnie pracują i czekają na swoją szansę. Zrozumiałem, że ponownie muszę przyłożyć się do treningów i ciężko pracować.

W 2006 r. zostałem wicemistrzem Europy w sztafecie i mam w związku z tym... problem. Nie wiem, co jest dla mnie cenniejsze: ten tytuł czy V miejsce na olimpiadzie? Na Mistrzostwach Europy pokonaliśmy aktualnych mistrzów świata – Francuzów, a wygrali Brytyjczycy, którzy byli aktualnymi mistrzami olimpijskimi. Po Mistrzostwach Europy już nie odpuściłem i w 2007 r. wystartowałem na Mistrzostwach Świata w Osace. Niestety, przydarzył nam się błąd i zgubiliśmy pałeczkę. Teraz przygotowujemy się do igrzysk olimpijskich i halowych Mistrzostw Świata.

M. S.: Wracając jeszcze do dzieciństwa: czy miał Pan wtedy jakichś idoli sportowych? Czy byli to raczej zawodnicy europejscy, czy może Amerykanie lub Jamajczycy? Czy taki wzór ma Pan dziś, przy uwzględnieniu problemu afer dopingowych?
P. R.: Do czasów dostania się do reprezentacji Polski właściwie nie miałem idoli. Największą legendą mojej generacji stał się dla mnie Maurice Green, który przez wiele lat nie przegrał żadnego biegu, był rekordzistą świata. Oglądałem wiele razy jego biegi, analizowałem, przyglądałem się temu, jak on to robi. Jeśli chodzi o polskich sprinterów, to zawsze imponowali mi Marcin Krzywański i Piotr Balcerzak. Sam jestem sprinterem typu siłowego, podobnie jak Marcin Krzywański.

Jeśli chodzi o doping, to kiedyś wierzyłem, że można się urodzić z takim talentem, by bić kolejne rekordy świata. Dziś nie jestem pewien, czy jest to w taki sposób możliwe. 15 najlepszych sprinterów trenuje w Stanach Zjednoczonych, i są to zarówno Amerykanie, jak i przedstawiciele innych narodowości. Chciałbym wierzyć w to, że techniki treningu tam stosowane są po prostu najlepsze, ale czy tak jest?

M. S.: Wśród dyscyplin sportowych, które są odbierane w sposób bardzo emocjonalny, można wymienić np. piłkę nożną czy siatkówkę. Emocje wynikają też z sukcesów, stąd atmosfera, jaka panuje dzięki polskim kibicom na skoczniach. Biegi sprinterskie w trakcie zawodów stanowią rodzaj śliwki na torcie. Co można powiedzieć o kibicach lekkoatletyki, jaki ten doping jest?
P. R.: Jest grupa 20-30 osób, które jeżdżą po całym świecie na wszystkie zawody. W Polsce lekkoatletyka jest mało popularna i główny problem widzę tu w słabości marketingu sportowego. Na Zachodzie, np. w Niemczech czy we Francji, na zawody przychodzi po kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Dobrym przykładem jest Poznań i Żywiec Cup, którego widownia liczyła od 20 do 30 tys. osób. Jeśli są 2-3 gwiazdy i grupa bardzo dobrych zawodników, to chętni do oglądania będą. Nie rozumiem też, dlaczego firmy obawiają się inwestowania w lekkoatletykę. Polski zawodnik występujący za granicą reklamuje zachodnie marki zamiast polskich.

M. S.: Trzeba też podkreślić, że zawody lekkoatletyczne kojarzą się z lepszą atmosferą niż np. mecze piłkarskie.
P. R.: Na zasadzie pikniku: młodsi i starsi, całe rodziny. Lekkoatletyka jest przede wszystkim współzawodnictwem o to, kto jest szybszy, kto skoczy dalej lub wyżej. Chodzi też o sposób relacjonowania takich zawodów, by nie okazało się to nudne.

M. S.
: Proszę jeszcze powiedzieć, co zdecydowało o tym, że wybrał Pan WSZiB w Poznaniu?
P. R.: Jak większość sportowców chciałem iść na AWF. Odwiódł mnie od tego pomysłu trener Tadeusz Osik, z którym trenuję od 1999 r. Miał on kontakt z panem dr. Danielem Rewersem, który we WSZiB w Poznaniu zajmuje się sportem. Do dziś pamiętam słowa trenera Osika: „Jak chcesz zawodowo trenować, to nie idź na AWF. Będziesz musiał tam zaliczać wszystkie dyscypliny, nie będzie ukierunkowania na dyscyplinę, którą uprawiasz, bez względu na to, czy jesteś mistrzem Europy czy świata”.

Trener podsunął więc pomysł studiów we WSZiB w Poznaniu. Dodał, że będę miał możliwość zdobycia stypendium, że wielu sportowców tu studiowało, że jest dobra atmosfera. To mnie już ostatecznie przekonało. I do dziś jestem zadowolony z tego wyboru. W trakcie studiów wiele przedmiotów mnie zainteresowało i cieszę się, że będę mógł zdobyć dyplom związany ze specjalnością reklama i marketing.

M. S.: Czy to oznacza, że podejmie się Pan w przyszłości rozwiązania problemu marketingu w polskiej lekkoatletyce?
P. R.: Mam już sporo planów związanych z tym, co będę robił po karierze zawodniczej. Na pewno nie będę trenerem, nie czuję tego zawodu. Przez 12 lat kariery zwiedziłem cały świat i jeśli chciałbym do któregoś miejsca wrócić, to na pewno nie poprzez sport.

Jeśli wszystko dobrze się ułoży, to chciałbym sponsorować jakąś grupę i wypromować ją. Na razie jednak jestem zawodnikiem i skupiam się na igrzyskach olimpijskich. Po igrzyskach chciałbym jeszcze wziąć udział w Mistrzostwach Europy, obronić tytuł wicemistrzów w sztafecie i wtedy zakończyć karierę.

M. S.
: Czy znajduje Pan czas na coś innego niż uprawianie sportu, czy jest coś, co Pana pasjonuje, a nie ma związku ze sportem?
P. R.: (chwila znaczącej ciszy) Samochody. Pasja, która pojawiła się już w dzieciństwie. Uwielbiam jazdę, szybka jazdę. Właśnie dostałem mandat za przekroczenie prędkości, ale może nie będę mówił, o ile przekroczyłem dozwoloną prędkość. Cóż, trochę przesadziłem, poza tym nie jest to bezpieczne.

Interesuję się też polityką, muszę być zawsze zorientowany w aktualnych wydarzeniach politycznych.

Poznań, styczeń 2008









Projekt i wykonanie: neoDIRECT

Biuro Rekrutacji
WSZiB w Poznaniu


tel. 61 835 15 11
fax 61 835 19 27
adres e-mail rekrutacja@wszib.poznan.pl

Gadu-Gadu: 8671322


Adres biura, godziny otwarcia.